W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z naszej witryny oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu. W każdym momencie można dokonać zmiany ustawień Państwa przeglądarki. Dodatkowo, korzystanie z naszej witryny oznacza akceptację przez Państwa klauzuli przetwarzania danych osobowych udostępnionych drogą elektroniczną.
Powrót

Okrążył kulę ziemską ponad 6 razy

17.07.2026

Marek Piekarski zawsze wolał rower. Nawet do pracy w Łodzi dojeżdżał jednośladem. Ale poważne jeżdżenie zaczęło się dopiero po 57 urodzinach, gdy zaliczył 18 rowerowych pielgrzymek.

Grupa kolarzy jadących na rowerach szosowych po asfaltowej drodze wśród zielonych wzgórz. Na pierwszym planie dwaj kolarze jadący obok siebie, za nimi grupa innych cyklistów.

Przygodę z rowerowymi wyprawami zagranicznymi Marek Piekarski rozpoczął w 2000 roku, gdy z synem Grzegorzem pojechali z Suwałk do Ostrej Bramy w Wilnie. Ze znajomymi z Akcji Katolickiej w Łodzi pokonali wtedy ponad 340 kilometrów. Ale poważne wyjazdy zaczęły się, gdy skończył 57 lat.

– Pielgrzymki rowerowe rozpocząłem w 2010 roku. Z kolegą Zbyszkiem Skowrońskim wziąłem udział w wyprawie klubu Kolarskiego Alpin na trasie Rzeszów–Częstochowa po polskich górach – wspomina pan Marek. – Wyjazd ten zapoczątkował przyjaźń z ludźmi z Podhala, którzy jeździli co roku na trasie z Zakopanego na Hel. Z Konstantynowa po Polsce i Europie jeździł ze mną też Kazio Kudaj. Szkoda, że tak mało osób z naszego miasta było zainteresowanych takimi wyjazdami.

W 2011 roku Piekarski pojechał w IV Góralskiej Pielgrzymce Rowerowej. To ponad tysiąc kilometrów – tyle dzieli Zakopane od Helu. Ten dystans powtórzył jeszcze siedem razy. 

– Choć zawsze jechaliśmy inną trasą, to i tak musieliśmy pokonać ponad tysiąc kilometrów w ciągu ośmiu dni, odwiedzając po drodze polskie sanktuaria – wyjaśnia.

Najdłuższa, bo trwająca 23 dni była wyprawa, która zaprowadziła go do Fatimy w Portugalii. Po drodze rowerzyści odwiedzili górskie sanktuaria: Mariazell w Austrii, La Salette i Lourdes we Francji, Santiago de Compostella w Hiszpanii i szlakiem Comino pojechali wzdłuż Atlantyku. Łącznie pokonali ponad 3100 kilometrów przez Beskidy, Alpy i Pireneje. 

– Przejechałem rowerem również przez Tatry, Apeniny, Rodopy i Góry Bałkańskie – wylicza cyklista. – Promem popłynęliśmy z Dubrownika do Bari we Włoszech, a stamtąd rowerami do San Giovanni Rotondo i Saint Mont Michell.

Wyprawy rozpoczynały się w Polsce w Rzeszowie i prowadziły do Rzymu i Watykanu, Portugalii (Fatima), Grecji (Ateny i Korynt), na Bałkany (Medjugorie) i na Litwę (Wilno).

– Logistykę, czyli trasy, wyżywienie i noclegi zapewniał nam zawsze organizator – wyjaśnia.

Po Polsce pielgrzymki organizował Klub Kolarski „Alpin” z Rzeszowa oraz Związek Podhalan i Klub Kolarski „Orzeł Spytkowice”. Zagraniczne wypady przygotowywała Akcja Katolicka Rzeszów–Krasne.

– Po zakończeniu etapu najważniejsza była kąpiel i uzupełnienie płynów. Wtedy najlepiej smakowało zimne piwo. Dopiero potem szedłem na posiłek – przyznaje Piekarski.

Przez pandemię nie doszła do skutku wyprawa do Petersburga przez Wilno, Rygę i Tallin, którą mieli wykupioną w 2020 roku.

Trzy lata później na 70. urodziny pan Marek po przejechaniu z Zakopanego na Hel chciał jeszcze pojechać do Wilna.

– Ale jazdę zakończyłem kraksą na przejeździe kolejowym w Pucku. Przeszedłem poważną operację kości udowej. Na szczęście wróciłem do sprawności. Mam 73 lata i wciąż jeżdżę po mieście i okolicy. Teraz moim rowerem jest składak Wigry, który ma 54 lata. Dostałem go na maturę od rodziców.

Jako wytrawny rowerzysta i obieżyświat ma kilka dobrych rad dla początkujących obieżyświatów.

– Najlepiej jedzie się w maju, bo nie za ciepło i nie za zimno. Oprócz koszulki z kieszeniami na kurtkę przeciwdeszczową i drobną wałówkę, czyli wafelek lub banana, trzeba zabrać najlepiej dwa bidony z płynami i popijać małymi łyczkami co 15–30 minut – wylicza. – Warto pamiętać, że to głowa i mięśnie są najważniejsze w takiej podróży. To one pozwalają nam pokonywać takie dystanse.

Radzi też, żeby przed długimi wyprawami, jeździć systematycznie na krótkich dystansach. Ma na myśli wypady po 20–30 kilometrów. Pan Marek miał dobrą kondycję, bo przez całe swoje zawodowe życie codziennie rowerem dojeżdżał do Łodzi.

– Tramwajem jechałbym do pracy w Urzędzie Statystycznym ponad godzinę. Rowerem zajmowało mi to 35 minut – wylicza. – Dwa razy życie uratował mi kask, dlatego zawsze zakładajmy go na głowę, wsiadając  na rower.

{"register":{"columns":[]}}